4 lutego 2019 r.

Szczerze mówiąc nie wiem jak zacząć ten wpis, chcę Wam tyle powiedzieć, tyle przekazać...
Może spróbuję - tak po prostu...

Bezsilność, zmęczenie, poirytowanie, bezużyteczność, niska samoocena, kompletna apatia, płaskie emocje, koszmary, izolacja, miałam wrażenie, że wszystko straciło sens. Zaczęłam się zastanawiać czy to jeszcze życie czy już symulacja. Już miałam zrezygnować z walki, ale wtedy przypomniało mi się jak przez ostatni rok, każdy wolny dzień spędzałam bez ruchu w łóżku, następnie czułam się przez to winna co tylko pogłębiało mój smutek. któregoś dnia uznałam, że dłużej tak nie mogę. Nie pozwolę aby "to" pożarło mnie żywcem. Właśnie wtedy postanowiłam założyć ten blog. Długo się wahałam, jednak jak widzicie zdecydowałam się na ten krok. To co trzymałam w środku od dawna, w końcu znalazło ujście, a ja - znalazłam odpowiednie słowa i wtedy dopiero poczułam, że nie jestem już kompletnie sama. Mój strach był zbędny. Zostałam obsypana ogromną ilością wiadomości. Otrzymałam niesamowite wsparcie od wielu osób, dzięki którym mam motywację do walki o siebie. Do walki o swoje życie, na którym jeszcze niedawno kompletnie mi nie zależało. Z całego serca jeszcze raz dziękuję, każdemu kto jest i był ze mną przez cały ten czas.

Czwartek - 31 stycznia.
 Na zewnątrz było już ciemno, a więc było po siedemnastej. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że następnego ranka mam próbną maturę ustną z angielskiego. W jednej sekundzie przeszył mnie zimny chłód. Wzmożył się ból, tak jakby nagle puściły wszystkie te pseudolekarstwa, a ja byłam cała roztrzęsiona. Sparaliżował mnie strach i mimo prób przywołania do porządku mojej psychiki, przepłakałam cały wieczór. Nawet nie wiem dlaczego. Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Czułam się po prostu tak jakbym żyła w półśnie. Nawet rano, czułam się spięta i zestresowana jak dawniej. Przyznam się, że gdy weszłam na egzamin, rozpłakałam się bo wiedziałam, że muszę przeżyć swój lęk. Jednak nauczycielka, która mnie egzaminowała, okazała mi tyle wsparcia i swojej dobroci, że gdy wyszłam z egzaminu ponownie uroniłam łzy. Tym razem jednak ze wzruszenia. Bo dzięki jej wyrozumiałości zdałam maturę ustną z angielskiego bardzo wysoko. Podobno "żaden płatek śniegu nie spada w złe miejsce" i chyba muszę się z tym zgodzić...

Sobota - 2 lutego. 
Ostatni weekend ferii, spędziłam w Warszawie u pewnej osoby, która jest Aniołem w ciele człowieka! Czułam się tam taka wolna od wszystkiego co złe. Tak jakbym płynęła z prądem. Cudowny czas, jednak pozwólcie, że zostawię to dla siebie :)

Poniedziałek - 4 lutego.
To właśnie dziś. To dzień, na który tak długo czekałam.. To dzień, w którym uświadomiłam sobie jak w złym stanie byłam jeszcze miesiąc temu. Moment, którego nie potrafiłam sobie wcześniej wyobrazić - nareszcie nadszedł... Wstajesz rano, budzi Cię słońce. No prawie jak w filmie! Masz dziwne poczucie, że coś wokół Ciebie się zmieniło, choć nie wiesz jeszcze co. Podchodzisz do okna i w końcu dostrzegasz... Dostrzegasz drzewa, niebo, śnieg. WSZYSTKO staje się wyraźne i przejrzyste. Ta mgła, która była tam wcześniej - jakby odpływała... Parzysz herbatę i pierwszy raz od dawna czujesz jej intensywny zapach i smak. Wychodzisz na zewnątrz i czujesz jak otula Cię mroźne powietrze. Ten świat, który kiedyś był szary i obojętny, nagle wypełnia się życiem. Słyszysz śpiew ptaków, szum wiatru i samochody w oddali. A co najważniejsze... zaczynasz się tym po prostu cieszyć. To znak, że uśpione wcześniej zmysły znowu działają. Nie wiesz kiedy i nie wiesz jak to się stało, ale jedyne czego wtedy chcesz to żeby ten stan się nigdy nie skończył..
To dziś... to dziś był ten dzień, na który tak długo czekałam...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Słowa ode mnie 18.03.19

Jak rozmawiac z osoba chora na depresje?