Moja historia
JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?
Niedawno zrozumiałam, że depresja to choroba, której nie powinnam się wstydzić. Bo przecież to, że padłam ofiarą tej wstrętnej i podstępnej boleści duszy, nie świadczy o tym, że jestem słaba.Każdego dnia znajduję w sobie przecież resztki sił, aby obudzić się następnego ranka. Muszę być więc silna. Chcę w pewien sposób pokazać jak naprawdę wygląda codzienność wielu osób zmagających się z tym stanem odrętwienia i rozpaczy. Opiszę więc w dużym skrócie moją historię, a co jakiś czas postaram się dodawać krótkie wpisy z kolejnych dni, które jeszcze nadejdą.
Był listopad 2017 roku. Pogoda za oknem nie zachęcała do życia. Tylko szarość, jakby ołowiane zachmurzone niebo, a drzewa - umierały... Któregoś dnia otworzyłam swoje nieustannie zmęczone oczy, wzięłam głęboki wdech i poczułam się tak, jakbym miała do dyspozycji tylko nieokreślony lęk, albo smutek. Ewentualnie jedno i drugie. Oczy automatycznie zaczęły zachodzić łzami, a ja czułam się po prostu pusta. Na samą myśl, że muszę zwlec się z łóżka i wyjść z domu, potrafiłam płakać godzinami. Niektórym może wydawać się to idiotyczne, ale to taki stan, którego nie przeskoczysz
jak na pstryknięcie palcami. Szkoda co? Od tamtej chwili było tak codziennie. Stan ten poprzedziły objawy somatyczne, przez które w ciągu zaledwie 2-3 miesiecy odwiedziłam tylu lekarzy ilu nie odwiedziłam przez całe życie, a każdy wmawiał mi "przemęczona jesteś, odpocznij". Tylko pomyślcie, czym mogłam być zmęczona, kiedy spałam po 3/5 doby i budziłam się już taka. Codziennie bolało mnie co innego. Kładłam się do snu z bólem brzucha, a budziłam z silnym bólem głowy. Nie było dnia, w którym albo bym nie spała po powrocie ze szkoły, albo bez żadnych boleści... Stałam się okropnie wrażliwa, płakałam kiedy tylko mogłam, przez jakiś czas udawało mi się powstrzymywać łzy w szkole, ale to nie trwało długo. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Druga klasa liceum, klasa o profilu biologiczno - chemicznym wręcz pogorszyła mój stan psychiczny. Nie potrafiłam sie uczyć, nie mogłam jeść, nie mogłam spać, a wszystko co robili inni ludzie wydawało mi się idiotyczne, bo przecież "nic nie ma najmniejszego sensu". W lutym 2018 roku x-nasty lekarz zasugerował wizytę u psychiatry. Wybuchłam śmiechem w gabinecie lekarskim, a doktor wydawał się być lekko wzbburzony moim zachowaniem. Zlekceważyłam jego (według mnie) marne sugestie, ponieważ ZAWSZE byłam osobą radosną, uśmiechniętą i wręcz tryskającą energią. Po miesiącu było jednak coraz gorzej. Byłam jak schwytana w sidła własnych, niepokojących myśli, bezbronna, cierpiąca, pragnąca śmierci, uwięziona w błędnym kole depresji, torturowana przez mój własny umysł... Umówiłam się na wizytę do psychiatry jednak dopiero na lipiec, bo właśnie tak długie kolejki są dziś do psychiatry, nawet prywatnie. A to świadczy tylko o tym, że coraz więcej ludzi nie radzi sobie psychicznie :( Przez te kolejne niecałe 3 miesiące traciłam już resztki sił na cokolwiek. W czerwcu miałam 4 zagrożenia na 8 przedmiotów... Mój stan psychiczny jeszcze bardziej się przez to pogorszył, ale wygrzebałam się z tego i CUDEM zdałam do następnej klasy...
Wakacje... ahh, nie wychodziłam praktycznie z domu, spałam, płakałam, myślałam i tak w kółko. Wizyta u psychiatry niestety potwierdziła obawy jednego z lekarzy. "Depresja i to już nie początki, a..." No i co? Dostałam psychotropy których się tak bałam. Od września zaczęłam psychoterapię, której także się bałam. W październiku zmieniłam psychiatrę, ponieważ nie do końca odpowiadał mi
sposób prowadzenia wizyt i niedokładne zapoznanie się z moją historią. Co z tego, że była to szanowana Pani doktor z Warszawy, to nie świadczy jednak o tym, że akurat ona pomoże mi wyjść z tego załamania. Cóż, zmiana lekarza prowadzącego była w moim przypadku najlepszą decyzją jak do tej pory. Moja "aktualna" Pani doktor ma w swoim mieście ksywkę "matka boska od depresji". Zawsze mnie to bawi, ale muszę przyznać, że jest w tym dużo prawdy. Zmieniła mi leki, które w końcu zaczęły na mnie działać. Trzeba było czasu, aby dobrze dostosować dawki, ale w końcu się udało. Terapia daje mi niesamowicie dużo. Czasem gdy mam dłuższą przerwę między 'sesjami' to
aż tęsknię! No ale cóż... Do stycznia było w miarę w porządku, objawy somatyczne powoli zaczęły ustępować, psychicznie bywało różnie ale całkiem stabilnie. Szkoła dużo mi pomogła i gdyby nie wyrozumiałość wielu osób, nie dałabym sobie rady. Przyszedł styczeń, nowy rok.
I się zaczęło... Wpadłam w moją wewnętrzną histerię. Miałam wrażenie, że nagle cały świat przeciwko mnie jednej... I znowu smutek stał się gościem, którego nie mogłam się pozbyć. Do tego był to czas próbnych matur, stres nie opuszczał mnie, aż do otrzymania wyników. Wszystkie złe myśli z dnia na dzień coraz bardziej się kumulowały. Byłam w tak bardzo złym stanie psychicznym, że myśli samobójcze niejednokrotnie pojawiały się w mojej głowie. Musiałam, zwiększyć dawkę leków oraz częstotliwość sesji terapeutycznych, bo jeszcze trochę, a śmiało mogli by mnie zamknąć w domu dla psychicznie i nerwowo chorych. Ustabilizowałam się. Ferie dały mi odpoczynek,
którego potrzebowałam bardziej niż kiedykowlwiek. Oczywiście nie ma nic za darmo. Musiałam 'olać' zajęcia przygotowujące do matur, które są w czasie ferii, abym ten czas dla siebie miała. I mam, dziś czuję się o niebo lepiej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej.
To wszystko jest dowodem na to, że każdy z nas jest silny, tylko musi tą siłę w sobie odnależć i wykorzystać. Ja będę walczyć.
Nie dam wygrać tej straszliwej zgryzocie. Jestem od niej silniejsza i to ja wybieram!
Komentarze
Prześlij komentarz